Setna notka zbliża sie wielkimi krokami. To jakiś powód do ucztowania czy sobie darować?
Wczorajszy dzień był specyficzny. Zjadłam jeden posiłek jako trzy dania. O co dokładniej chodzi? Wstałam coś po 13 - skutki chodzenia spać o 7 rano - nie z własnej woli. Obudzono mnie na obiad. Z racji, że dopiero wstałam stanowił on dla mnie śniadanie. Nie zdążyłam porządnie się nim rozkoszować (kurczak maminej roboty <3), a już zmuszono mnie do pakowania się - jedziemy na zakupy (spożywcze, jak to w niedziele). Po powrocie podgrzałam wspomniane miesiwo i zaczęłam je konsumować dalej. Wtedy wleciał TS i poszliśmy na piwo - kurczak w połowie zjedzony czekał na mnie aż do wieczora, kiedy to skończyłam go jako kolacje. Wakacje..
Szukania pracy ciąg dalszy. Co jakiś czas pojawiam się przy taśmie produkcyjnej, żeby dorobić, ale z reguły tyram jak wół dla marnego grosza. Mniejsza. W każdym bądź razie staram się znaleźć coś konkretniejszego. Dzwonie, odwiedzam szefostwo, wysyłam CVki, a jedyne co dostaje w zamian to zajebiste zero na koncie.
Tak jak dni ma stosunkowo spokojne, tak nocki stanowią mękę. Kłade się i zaczynam myśleć. Tak mi zlatują jakieś dwie godziny, po których to trace chęci na spanie. Wówczas odpalam mojego PCta i z braku laku sięgam po durne gry, które to zajebiście wciągają. Staje się jakimś.. nerdem O_o.
Zdecydowałam sobie kupić jakiś środek wspomagający radosność. Why? Mam wrażenie, że z dnia na dzień coraz bliżej mi do jakiegoś załamania psychicznego. Koleżanka mówiła, że czasami pomoga wypłakanie się. U mnie to nie działa. Mam ochotę pochlipać, ulać trochę wody z tej czary wkurwienia na świat, ale jak dochodzi co do czego to nie mogę. Jedyną sposobnością jest puszczenie programów Animal Planet typu "Policja dla zwierząt w Houston". Dziwne..
Nie możesz dodać komentarza.